Rowerem po Alzacji - wyniki konkursu - nagrodzone prace
link_mdr
aktualności
2012 :
  1. 1 - 12 |
  2. 13 - 24 |
  3. 25 - 36 |
  4. 37 - 48 |
  5. 49 - 60 |
  6. 61 - 72 |
  7. 73 - 84 |
  8. 85 - 96 |
  9. 97 - 106 |
  min min min min min min min min min min min min
05 czerwca 2012

Rowerem po Alzacji - wyniki konkursu - nagrodzone prace

Podczas obchodów Święta Wrocławskiego Rowerzysty 03.06.2012 ogłoszone zostały wyniki naszego konkursu na najciekawszą relację z wycieczki rowerowej lub podróży do pracy/szkoły na rowerze.

Otrzymaliśmy sporo ciekawych prac konkursowych. Poziom był wysoki. Jury nie miało jednak rozbieżnych głosów odnośnie głównego faworyta.

I miejsce - główna nagroda, którą jest 3-dniowa wycieczka rowerowa po Alzacji dla 2 osób; za opis podróży na tandemie gdzie trudy, awarie i przeszkody to początek nowych znajomości, gdzie bije przyjemności z podróżowania razem i doskonały przykład, że nie cel się liczy ale sama droga - przypada Annie Kloczkowskiej oraz Adrianowi Słonince!!! GRATULUJEMY!!!

Jury zdecydowało się na przyznanie także wyróżnień dla czterech prac:

  • jest miłość, jest akcja, są gangsterzy i filantropii. Miejscem akcji oczywiście Wrocław. Tomasz Pułka czyli oniryczne rowerowanie w upale. Wyróżnienie dobrej klasy U-LOCK od Dolnośląskiego Centrum Rowerowego Harfa Harryson
  • ta opowieść mogłaby pochodzić z programu sprawa dla reportera. Albo nawet i sprawa dla prawnika, bo tematem jest porwanie roweru i to jak się okazuje nie przez byle kogo. Wyróżnienie idzie do Katarzyny Bartkowicz, która otrzymuje stylową sakwę na rower od RoweryStylowe.pl
  • jest szansa na nowe pokolenie korporacyjnych białych kołnierzyków  rowerujących do pracy. Daje ją nam Arkadiusz Filipowski. Wyróżnienie dobrej klasy U-LOCK od Dolnośląskiego Centrum Rowerowego Harfa Harryson
  • o tym, że jazda ze wschodu Wrocławia do centrum może być zmysłowa - dla Zośka Reznik – Wyróżnienie stylowa sakwa na rower od RoweryStylowe.pl


Wszystkim bardzo gratulujemy i zachęcamy do własnego odkrywania miasta, dalszych i bliższych okolic na rowerze, bo jak się okazuje rower zbliża ludzi!

Zwycięskie prace publikujemy poniżej.

Arkadiusza Filipowskiego prosimy o kontakt z nami w celu odebrania nagrody: wir@eko.org.pl

Monika Onyszkiewicz

 

Sponsorami nagrody głównej są le Comité Régional du Tourisme d’Alsace  (Alzacka Organizacja Turystyczna) oraz Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego.

 

Alzacja - francuska kraina rowerów Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego

 

NAGRODZONE PRACE

 


O Słoniu i Myszy, co rowerem jeździć chcieli, czyli tandemem przez dolnośląskie wioski

- Słoniu, jaki ty masz fajowy dwuosobowy rower!
- To jest tandem, Myszo.
- Słoniu, ale dlaczego ten tandem marnuje się w Twoim garażu? Może by zabrać go ze sobą do Wrocławia i zabłysnąć podczas kolejnej rowerowej Masy Krytycznej?
- Nie widzę przeszkód – zażartował Słoń, po czym po omacku wyprowadził rower na podwórze. Słoń bowiem na jedno oko wcale nie widzi, a na drugie bardzo słabo i żeby jeździć rowerem potrzebuje wystarczająco szalonego kompana, który odważy się usiąść za kierownicą. Takim kompanem okazała się wybranka jego serca, mała Mysz, a spontaniczna wyprawa, o której opowiemy, wydarzyła się naprawdę nie dalej jak w ostatni majowy weekend.
Wyprawa była od początku do końca wariacka, bo:
1. Ani Słoń, ani Mysz nigdy dotychczas nie pokonali takiego dystansu (trasa z Olbrachcic Wielkich do Wrocławia to w linii prostej 80 km, ale przy założeniu omijania ruchliwej krajowej ósemki, to już 100 km);
2. Słoń nie mógł znaleźć kluczy imbusowych do regulacji siodełek i kierownicy, zapasowej dętki na drogę, ani pompki;
3. Nie mieli mapy, więc Mysz opracowała prowizoryczny zamiennik w postaci listy maleńkich miejscowości, które miały nam urozmaicić podróż, a już same ich nazwy wiele obiecywały (wśród nich znalazły się Bobolice, Krowia Głowa, Karczyn, Podgaj, Owsianka i Samotwór);
4. Mama, ciocia i babcia Słonia podniosły lament: „Jak sobie dacie radę, ona jest taka malutka!?”, „A co jeśli zmieni się pogoda?!”, „A ruch na drodze?”…

O ile pierwszy i czwarty punkt nie stanowiły problemu, bo ani Słoń, ani Mysza do strachliwych nie należą i nie poddają się łatwo, co przekonało ich samych i lamentujące kobiety o niechybnym powodzeniu wyprawy, o tyle dwa pozostałe nastręczyły nieco trudności.

Kiedy już napchali brzuchy maminymi pierogami, Słoń dopasował siodełka – przednie wymagało maksymalnego obniżenia do skromnych rozmiarów Myszy, natomiast tylne maksymalnego podwyższenia do imponujących gabarytów Słonia – a potem namachał się maleńką, wyżebraną od znajomych pompką, okazało się, że powietrza ciągle jest za mało, bo pod ciężkim 90-kilowym Słoniem w tylnej oponie wciąż występuje dość mocny przysłowiowy „flak”.

W związku z tym, by dopompować rower na stacji benzynowej, dzielna Mysza musiała przebyć 4-km odcinek na tandemie sama. Słoń natomiast, jako zbędny balast, pojechał na ów stację z mamą i ciocią, które wielkodusznie zaoferowały, że wskażą nam drogę, z której to mieliśmy wyruszyć na wieś Bobolice. Jadąc autem, Słoń zamartwiał się o tę małą istotkę, a czekając przy zjeździe na stację, na którą dotarł jako pierwszy, stał i z utęsknieniem wyczekiwał aż usłyszy miły dla ucha mysi głosik. Nareszcie z pierwszymi jej słowami „Słoniu, jestem!” wszystkie obawy i smutki odpłynęły gdzieś daleko.

Po nabiciu kół powietrzem Słoń i Mysz nareszcie zasiedli w tandemie. Czekała na nich nieznana 100-km trasa poprzez piękną polską wieś.

Pełni nadziei i wiary we własne możliwości, czule żegnani przez mamę i ciocię Słonia, którym w oczach szkliły się łzy, czując nieprzepartą siłę w nogach, Słoń i Mysza zaczęli wartko sunąć naprzód, mijając po drodze wioski jedną po drugiej, jakby ktoś je od nich odpychał. Początkowo zdawało się im, że w takim tempie zajadą do celu w dwie godziny. Nic podobnego się jednak nie stało, nie mając bowiem porządnej mapy i polegając jedynie na liście miejscowości wypisanych na kartce przez nawigującą Myszę, nie wiedzieli tak naprawdę, w którą stronę skręcać, gdy na rozjazdach za wioskami zabrakło znaków. Przez to też często dochodziło między nimi do drobnych sprzeczek, Słoń bowiem uważał, że rozsądniej będzie jeszcze w danej miejscowości pytać o dalszy kierunek, natomiast kierowana dumą Mysz była zdania, że niezależność to podstawa i w najgorszym przypadku trzeba będzie nieco się cofnąć. Po czułych naleganiach Słonia, na nieoznakowanym rozstaju dróg w Karczynie, Mysz w końcu zgodziła się zapytać o zjazd na Podgaj, a na swoich informatorów wybrała grupkę dzieciaków.
Nie zsiadając z tandemu, Mysz zawołała:
- Czy tędy na Podgaj?!
Na co dzieci odparły prędko:
- Tak, tamtędy dojedziecie.
Zdaniem Słonia nierozsądnym było pytać o drogę dzieciaków, które nie wiedzą jeszcze, w którym roku się urodziły, skąd więc mają znać się na drogach. I po kilku kilometrach jazdy drogą szybkiego ruchu i krótkim postoju na posiłek przy moście okazało się, że tandem zmierza w niewłaściwą stronę. Mina Myszy zrzedła, gdy dotarło do niej, że dzieciaki nie znają się na kierunkach i wywinęły im niechcący psikusa. Skonfundowani ruszyli z powrotem dobrze już znaną, leniwie ciągnącą się drogą bez drzew na poboczach, upajając się widokiem pobliskich zagajników i śpiewem ptaszków świergoczących na gałęziach. Po powrocie na właściwą drogę sił jakby im przybyło.
Po odegnaniu uczucia zmęczenia i nieprzyjemnej świadomości cofania się, na twarzach Słonia i Myszy znów rozkwitł uśmiech i nawet zaczęli trochę zabawiać się śmiesznymi rozmowami o przyszłości i o tym, co ich jeszcze może spotkać. I choć ani Słoń, ani Mysz ptasiej mowy nie znają, wykrakali.
Po pokonaniu na oko 1/3 trasy Słoń zaczął się uskarżać na bicie w tylnym kole, więc tandem stanął na poboczu. Mysz dokładnie obejrzała koło i przykładając rękę Słonia do szczeliny między felgą a oponą oznajmiła:
- Słoniu, to tak było!
Słoń jednak nie dał się zwieść i, wymacawszy dobrze usterkę, stwierdził ze skwaszoną miną, że w tym miejscu opona jest pęknięta i że daleko na niej nie zajadą. Posmutnieli oboje.
Po chwili Mysz jednak, chcąc podnieść Słonia na duchu, oznajmiła:
- Damy radę! Będziemy jechać wolniej i jakoś zajedziemy.
Słoń, nie mając innego wyjścia, poparł jej optymistyczną myśl i ruszyli dalej.
Zawsze gdy wsiadali na tandem i ruszali z miejsca, Mysz prychała na Słonia jak kotka, skarżąc się, że muszą nauczyć się płynnie ruszać razem, co na tandemie wcale nie jest takie łatwe. Choć kolejne miejscowości mijali z dużo mniejszą prędkością, koło nie wytrzymało. Dętka rozpruła oponę i z donośnym hukiem pękła. Tyłem roweru zarzuciło, jednak dzięki szybkiemu skontrowaniu kierownicy przez zmyślną Myszę, uniknęli wywrotki na kostce brukowej ciągnącej się jeszcze przez kawałek drogi za malowniczą wsią o nazwie Podgaj. Załamani zepchnęli bezużyteczny rower na pobocze i w milczeniu stali jakąś chwilę, drapiąc się po głowach.
Mysz, tuląc się bezradnie do Słonia, zapytała:
- I co teraz?
Zbierając myśli, po dłuższej chwili, Słoń odparł:
- Nie wiem, Myszko, ale chyba najlepiej będzie cofnąć się do ostatnio mijanej wioski i tam szukać pomocy.
Ruszyli bardzo wolnym tempem, gdyż trzeba było zdjąć z bagażnika plecaki, a tył roweru unieść lekko w górę, by nie uszkodzić felgi. Po przejściu około 2 km, co zajęło im niemal godzinę, zmęczeni i zrezygnowani wtargnęli na podwórze jakiegoś większego gospodarstwa. Na podwórzu nie było nikogo poza małym, swobodnie biegającym psiakiem. Gdy tylko spostrzegł niespodziewanych gości, począł ujadać piskliwym głosikiem. Chwilę po tym zza zabudowań wyłoniła się mała dziewczynka, z opowiadań Myszy nie mająca nawet 6 lat. Wzięła burka na ręce i grzecznie zapytała:
- Kim jesteście?
Słoń i Mysz wyjaśnili, że zepsuł im się rower i szukają pomocy. Dziewczynka, patrząc zaciekawiona na dziwaczny cud techniki, odparła:
- Zawołam tatę - i pobiegła za dom. Chwilę później drzwi otwarły się ponownie i tata wraz z córką podeszli z wolna do gości. Słoń wyjaśnił gospodarzowi, że opona nie wytrzymała nacisku i strzeliła, bo pewnie była osłabiona ze starości. Gospodarz zaprosił ich na kawę, a rower zaprowadził do warsztatu stolarskiego. Przy kawie usłyszał o celu i trasie wycieczki i nie krył zdziwienia, że odważyli się na coś takiego, nie mając odpowiedniego zaplecza. Jednak przyrzekł, że na pewno pomoże. Ruszyli wraz z nim i jego córeczką do warsztatu, gdzie okazało się, że nie ma żadnej wolnej opony na wymianę. Gospodarz jednak okazał się tak miły, że zaproponował odstąpienie opony wraz z dętką ze swojego w pełni sprawnego roweru. Początkowo duet nie chciał się na to zgodzić, lecz miły pan napierał tak uparcie, że w końcu stanęło na tym, że gdy dojadą na miejsce, odkupią koło i wyślą gospodarzowi pocztą. Tata małej Jagódki, bo tak nazywała się dziewczynka, sprawnie przełożył koło, napompował solidnie oponę i nie chcąc dłużej zatrzymywać dwójki desperatów, pozdrowił na odjezdnym. Na koniec mała Jagoda zawołała:
- Odwiedźcie mnie znowu!
Po powrocie na trasę, czując wiatr we włosach, Słoń i Mysz nie mogli się nadziwić, że ludzie potrafią być jednak tacy kochani.
Z każdym kolejnym kilometrem stanowili coraz bardziej zgrany duet, a to podśpiewywali piosenki, a to wygłupiali się, jadąc zygzakiem przez opustoszałe wioseczki w ramach ćwiczenia równowagi. Jak się wkrótce okazało, nie tylko oni byli zwolennikami poruszania się wężykiem. Wyobraź sobie, drogi Czytelniku, co musiał pomyśleć podchmielony biedaczek – z wolna zmniejszający dystans między przydrożnym sklepem, a własnym łóżkiem czy może stogiem siana – na widok wielkiego Słonia i małej Myszy… jadących przez jego wieś… na tandemie!!! Całe szczęście, Słoń nie był różowy, a Mysz biała, bo inaczej biedaczysko zwątpiłby w trzeźwość własnych zmysłów, a przecież był trrzzzeźźwiuuuteńki.
Czas uciekał, wieczór nadchodził, tyłki bolały coraz dotkliwiej, a palący ból w udach Słonia nasilał się (okazało się bowiem, że Mysz, święcie przekonana, że bez przerwy z całych sił pedałuje, przybliżając tandem do upragnionego Wrocławia, zaledwie machała nogami wspartymi na pedałach).
A przygody wciąż się piętrzyły.
W Tyńcu nad Ślężą Słoń i Mysz zasięgnęli języka u dwóch babinek siedzących na zydlach przed chatą i, postępując zgodnie z ich wypowiadanymi bez śladu wątpliwości wskazówkami („No tak, w prawo, potem w prawo i jeszcze raz w prawo!”), zupełnie jak we francuskiej komedii z Louisem de Funès w roli głównej, zatoczyli koło i wylądowali znów przed ich chałupą.
W Wierzbicach Mysz przeszła załamanie nerwowe i zupełnie przestała odzywać się do Słonia. Jednak ponieważ tandem nie był w stanie utrzymać się na drodze bez jej coraz mniej błyskotliwych wskazówek, musiała wziąć się w garść, zacisnąć mysie piąstki i udawać, że to dla niej bułka z masłem i żółtym serem.
Z kolei po zapadnięciu zmroku, gdzieś przed Romnowem, obolały Słoń popadł w równie czarną rozpacz i wyłożył się na środku jezdni. Mysz, po zastosowaniu bolesnej perswazji, zmusiła go do powrotu na rower.

Ostatnie godziny i kilometry upłynęły błyskawicznie, oboje bowiem zwąchali miskę kaszy i prawie bez słów mknęli przed siebie, silniejsi nawet i szybsi niż na początku wyprawy.
Po ośmiu godzinach tułaczki po dolnośląskich drogach Mysz i Słoń dotarli wreszcie do pięknego Wrocławia, zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi, i na miękkich nogach poczłapali do domu, a w głowach ich roiło się od marzeń i nowych rowerowych planów...


Niedziela

Och, jakbym tego nie próbował opowiedzieć - nie odda (a pożyczyło?) żartobliwości zaistniałej przygody! Ale zanim przejdę do treści przygody, pozwolę sobie się odryć i tym samym spektakularnie zadenuncjować: nie jestem z Wrocławia. Nie jestem, ale żywię progresywnie nabrzmiewające uczucie do tego miasta, a jako że kilka tygodni temu z hukiem zakochałem się we Wrocławiance - planuję rychłą przeprowadzkę.
Ku Marysi. Marysia cudowna, proszę mi wierzyć, bo nie chcę się rozwodzić (żenić?) w cukierkowych superlatywach. Maria cudowna i - jakby tego było mało - kocha, prócz mnie, rower. Więc intro wygląda tak, że siedzimy sobie z moją miłością (miłość przeciąga się i mruczy) na dywanie grając w szachy (gram białymi i jestem bliski niezasłużonej wygranej), bo upał straszny, wybąbla perspektywę, kiedy spojrzeć za (otwarte na oścież) okno: obraz faluje i drży w powidoku napompowanej gorącem kuli słońca. Co ważne: Maria jest ruda i blada, nadmiar słońca jej szkodzi i barwi na buraczany; ja zaś mam rozległą panoramę pieprzyków na ciele - od dziecka co lato karmi się mnie perspektywą raka. Siedzimy na dywanie (w prążki) i już mam uskutecznić lukratywną roszadę, ale dzwoni telefon, wesołą melodyjką jaką jest "Golden Years" Bowiego. Maryś odbiera.
- Bez jaj!
Po czym następuje kaskada naładowanych emocjami zdań, półcenzuralnych. Telefoniczna ekspresja Maryjki mnie zachwyca.
- Co się stało, kochana?
- Prawicowi debile zaatakowali Wagenburg! Znowu!
- No to śmigamy, już, szybciutko.
- Najpierw podjedziemy pod moją pracę, żeby Ci rower skołować.
- Elegancko, najwyższa pora.
Ubieramy się raz dwa (tu wyszła na jaw beztroska nagość jaką operowaliśmy) i już po chwili w kaskadach śmiechu wyjeżdżamy z Górnickiego czarnym czołgiem Marysi. Bagażnik jest niewygodny, ale przez wgląd na to, że czołg to damka, na ramce bym nie usiadł. W ramkę bym Marysię oprawił i patrzył godzinami.
Miłość prowadzi pewnie i z dozą dezynwoltury mimo że nie jestem lekki i na pewno psuję wyważoną poetykę jazdy. Ale jest mi bardzo przyjemnie: obejmuję miłość w talii i wdycham zapach jej skóry pachnącej kolorowymi kredkami woskowymi (serio!). Tylko ten upał, kanonada rozgrzanych do granic niteczek słońca; kłują (szpilki z nanizanymi niteczkami) każdy fragment ciała. Maria pracuje niedaleko, już jesteśmy na miejscu. Patrzę na przypięty do balustrady rower i na usta ciśnie się tylko: "zajebisty". Delikatna kolarka pomalowana w maleńkie kwiatuszki. "Sweet thing" z Bowiego, bo ciągle leci w głowie.
- Zadowolony? Widzę, że tak. Tylko uważaj na niego, bo to własność Beaty, dostała od męża, tygodniami nad nim pracował.
I już sobie tniemy Oławską, Maria na czele, ja robię za jednoosobowy peleton, co to się męczy, bo kolarka pracuje jak marzenie, nic tylko się wyrwać do przodu i ponakpiwać z ciężkiego czołgu. Ale jadę grzecznie, chłonę gorąc jak bateria słoneczna i patrzę jak stopniowo przypieka się bladość miłości.
Dookoła squatu poruszenie, pulsują zgromadzeni, dużo emocji. Maria lawiruje między ludźmi, wydaje polecenia, organizuje kontratak. Patrzę na nią z czułym uwielbieniem, z czego wyrywa mnie jej dziewczęcy acz stanowczy głosik:
- Trzeba jechać na Szczęśliwą po megafon!
Z ochotą przyjmuję zlecenie i uważnie słucham dyrektyw dotyczących dojazdu na wspomnianą ulicę. Nie wygląda to skomplikowanie, nie martwię się nawet słońcem, wesoło mi na myśl o przysłużeniu się sprawie, byciu łącznikiem. I jeszcze, że jadę na Szczęśliwą, haha.
Topograficzna rekonstrukcja mojego brawurowego wojażu nie jest, uważam, konieczna, bo i pędziłem jak wariat nie zwracając uwagi na świat przedstawiony. Pamiętam tylko, że jechałem Żabią Scieżką, co mnie bardzo rozbawiło. Tak czy siak - w trymiga dotarłem na Szczęśliwą, megafon odebrałem, bohatersko odmówiłem zdjęcia chmury i pospieszyłem w drogę powrotną. Musiałem wyglądać uroczo: na pięknym bicyklu w misterne kwiatuszki, z megafonem na plecach i strumieniami potu spływającymi z czoła. Jechałem jak mój ukochany Virenque, brakowało tylko koszulki w czerwone grochy. Zamiast czerwonych grochów ujrzałem czerwony lizak.
- Pan z nami.
- Co się stało? Jechałem przepisowo.
- Skąd ma pan ten rower?
- Dziewczyna mi pożyczyła od koleżanki.
- A nie pożyczył go pan sobie sam? Przy pomocy przecinaka?
- Ależ skąd!
I tutaj pasaż długiej rozmowy, beznadziejnego tłumaczenia się z posiadania ewidentnie kradzionego roweru. I jeszcze nieszczęsny megafon: żeby uczestniczyć w zamieszkach. Cała, cierpliwie budowana przez lata koncepcja wizerunku umożliwiająca bezkonfliktowe poruszanie się po płaszczyznach przestrzeni - zawiodła. Próbuję dzwonić do Marysi, ale jest nieustannie zajęte. Próbuję wynegocjować telefon do osoby, która zgłosiła kradzież - nie pora na to, poznam tego uprzejmego pana na komisariacie.
Prowadzę rower jak na ścięcie, by otrzymać telefoniczny cios: Marysia straciła przytomność i zabrała ją karetka. Wiję się między funkcjonariuszami i nadaję błagalne litanie. Nic z tego. Na dodatek nie posiadam dokumentów, leżą na dnie torebki Maryjki. Tragiczny sytuacjonizm szepczący nagląco, żeby pruć przed siebie kolarką i gorączkowo szukać nieprzytomnej od słońca miłości. Wizja pościgu i szaleńczo obracających się kół niby podniecająca, ale tak cholernie grzeje w pałę, że czuję, że sam za chwilę zemdleję. Dzieje się jednak inaczej: mdleje policjant po prawej. Dopiero teraz zauważam ich pancerne stroje, są obudowani jak żółwie, jakieś kompletne nieporozumienie w taką pogodę. Policjant po lewej wpada w uroczą panikę, dziwi i przeraża mnie jego rozedrganie; cucimy upadłego, z miernym skutkiem. I już młodszy panikarz wyjmuje krótkofalówkę, żeby wezwać posiłki (sałatki?), gdy widzę po drugiej stronie ulicy maszerujących harcerzy. Wołam przez megafon, żeby pomogli. Ubrana na zielono banda szybko przedostaje się do nas i reaguje natychmiast pod postacią dziewczynki w podkolanówkach, która zamaszystym ruchem wylewa treść butelki (pełnej wody) na twarz omdlałego. Pomaga natychmiast. Siadamy na ławce, żeby odpoczął, podaję mu chustkę dla otarcia, po czym odzywa się krótkofalówka, że kradzież roweru anulowana, że został zwyczajnie pożyczony. Oddycham z ulgą i żegnam się (w duchu, znakiem krzyża) z niebieskimi. Teraz tylko znaleźć Marysię. Dobra passa trwa, bo udaje mi się ujechać ledwie sto metrów i już dzwoni komórka:
- Jedź do domu, cukierku, już wszystko gra.
Szczęście i spokój. Pod kamienicą drę się z całych sił przez tubę z plastiku, że kocham bardzo. Podchodzi dwóch policjantów:
- Będzie mandacik za zakłócanie porządku.
- I jeszcze rower mam kradziony! - śmieję się radośnie jak debil.


Bike’owy zawrót głowy

- Wybiła 7:30, zapraszamy na skrót wiadomości – żywym głosem zapowiada radiowy lektor. Dla mnie ta zapowiedź to sygnał do wyjścia. W pracy muszę być o 7:45. Każdego dnia jest niemal identycznie: kanapki, buty i rower, który jak zawsze zaparkowałem na balkonie mojego mieszkania. Brak piwnicy doskwiera tylko na początku, a do znoszenia jednoślada z trzeciego piętra można się przyzwyczaić. Po paru chwilach jestem na dole gotowy do startu. – Co tak ciężko? – myślę, lecz po chwili przypominam sobie wczorajszą przejażdżkę na trochę niższym biegu. Zmiana biegów: dwójka z przodu, trójka z tyłu. Do ścieżki rowerowej jest zaledwie 15 metrów. Spokojnie, chodnikiem dojeżdżam do czerwonej drogi z białym symbolem. Nabieram prędkości, czuję chłodny powiew wiatru – gdybym mógł odznaczyłbym w tym momencie Like it! Dojeżdżam do skrzyżowania Nowowiejskiej z Jedności Narodowej, zakręt w lewo i zmiana tylnego biegu o oczko w dół.  40 metrów po ścieżce i ciach – chodnik, samochód i pasy wymuszają hamowanie. Mijając ludzi śpieszących do pracy dojeżdżam do przejścia dla pieszych przy Gimnazjum nr 8. Spory tłum wyczekujący możliwości przedostania się na drugą stronę ulicy ustawia się przy pasach od dłuższego czasu. Wreszcie czerwone światło na oddalonej krzyżówce powstrzymuje pędzące auta. Tłum rusza, a ja włączam się do ruchu ulicznego. Kurs już obrany – Plac Bema. Na wysokości składnicy harcerskiej na Jedności dokładam do pieca. Łańcuch delikatnie spada o dwie pozycje w dół.  Sprzyja mi spadek terenu, a ja widzę, że nie jestem sam. Facet pod czterdziestkę dziarsko wyrywa w przeciwnym kierunku. W oddali widzę pasażerów wsiadających do przystanku Na Szańcach. Daję odpocząć nogom i spokojnie tam dojeżdżam. Nagle zielone światło, lżejszy bieg i ruszamy. Skręcając lekko w prawo wjeżdżam na ścieżkę przy Bema Plaza. Nie zwlekam, bo zielone światła na Bema zapalą się za 20 sekund. Raz, dwa, raz, dwa - wybijam tempo, by zdążyć. Przed pasami odpuszczam. Lekkie hamowanie i … zielone. Ociężale ruszają dziewczęta na pięknych holendrach bez przerzutek. Karnie, bez cwaniakowania jadę za nimi. Mijają nas młodzi z Google, którzy o ósmej zaczynają pracę w oszklonym biurowcu.  – Cześć – słyszę z naprzeciwka. Tomek też przerzucił się na rower? – Cześć – odwzajemniam uśmiech koledze ze studiów. Na pogawędkę nie ma czasu. Widzę, że razem z nami ruszyła też jedenastka, którą dogoniłem Na Szańcach. Tak jak ja jedzie przez pięknie wyremontowane Mosty Młyńskie. Teraz trzeba uważać na biegnących do tramwaju ludzi. Czasem ścieżka rowerowa to dla nich część chodnika, a widząc swój niemal odjeżdżający cel, nie patrzą na nic. Przede mną Mosty. Przystaję, by przepuścić tramwaj. Za mną ustawia się już dwóch facetów. Tramwaj przedziera nam drogę przez Mosty, a my ruszamy za nim. I znowu zmiana biegów: raz, dwa, trzy, cztery. Łańcuch z tyłu spada na sam dół. - Ach, przydałaby się jeszcze jedna zębatka – uśmiecham się w myślach. Przy bibliotece Na Piasku odpuszczam pedałowanie. I tak jest czerwone, w dodatku tramwaj czeka na swoją kolej, by przejechać w stronę Galerii Dominikańskiej. Nim wytracę prędkość zmienia się światło. Ruszamy: najpierw ona - niebieska jedenastka, za nią ja - na srebrnym jednośladzie. Za skrzyżowaniem skręcam w ulicę Nankiera. Pięknie ją odnowili. Równy bruk, ścieżka rowerowa, stojaki przed wydziałem romanistyki. Przede mną Szewska – to czas na hamulec.  - Po pierwsze tramwaj, po drugie przechodnie – śmieję się w duchu zwalniając niemal do zera. Zakręt w lewo, lżejszy bieg i ruszam Szewską. Mija chwila i ustawienie biegów wraca do mojego ulubionego ustawienia. Pomimo tego, że Szewska nie ma ścieżki rowerowej jakimś cudem wszyscy wiedzą, że rowerzyści poruszają się po pomarańczowych kostkach, a piesi po chodnikach. Dojeżdżam do Kurzego Targu. Pięknie wygląda kościół św. Marii Magdaleny i plac z fontanną i ławkami. Skręt w prawo. Przede mną Rynek – cel mojej podróży. Tak, wiem, że nie można po nim jeździć rowerem, jednak w godzinach porannych, kiedy ludzi jest tam naprawdę mało, wydaje mi się, że mogę delikatnie nagiąć przepisy. Nie mówię tu o jeździe szaleńczym tempem, a jedynie powolnym dojechaniu pod pożądany adres. Ciekaw jestem, czy znajdę miejsce w stojakach nieopodal firmy. Z tygodnia na tydzień coraz więcej osób przesiada się na rowery. Daleko nam do Amsterdamu, którego nigdy nie zapomnę, ale miło widzieć ludzi poruszających się na tzw. kole. To naprawdę buduje klimat tego miasta. Podjeżdżam do stojaka.  - Jest! Jedno miejsce zostało – uśmiecham się w środku i zapinam rower.  – Znajdzie się coś dla mnie? – krzyczy kolega nadjeżdżając swoim jednośladem.  – Nie dziś! 20 metrów dalej jest kolejny stojak – tam powinieneś zaparkować – odpowiadam. Cieszę się, że wreszcie udało się go namówić na kupno własnych dwóch kółek. W oddali widzę, że Magda parkuje wypożyczony rower miejski. Ja też zapinam swojego bicykla i wchodzę do firmy. Na zegarku 7:42.


Historia napisana poniżej nie wydarzyłaby się...

Historia napisana poniżej nie wydarzyłaby się, gdyby nie moje niezmienne od lat przekonanie, że rower to najszybszy środek transportu w mieście i że nawet szpilki oraz garnitur nie stoją na przeszkodzie osiodłaniu go i pomknięciu, mimo wertepiastych ulic, przez miasto. Nawet kończąca pięcioletnią męczarnię studiów impreza całego piątego roku „prawników in spe” jest ku temu dobrą okazją.  Któż mógł jednak przewidzieć, że jest ktoś „na górze”, kto myśli inaczej…

Akcja zaczęła się poniedziałkowego wieczoru kiedy to elegancko (czyli odpowiednio do stroju) przypięłam swojego białego rumaka do stojaka rowerowego na ulicy św. Mikołaja utyskując na niewłaściwe postępowanie mojego towarzysza (Mirka), który (nie chcąc trudzić nóg) przypiął swój rower do znaku drogowego. Jak dobrze, że są na świecie nonkonformiści… Następujące po tym zdarzeniu kilka godzin bądź co bądź świetnej zabawy  nie wniosły nic szczególnego do tej historii. Aby jednak uwolnić czytelników od podejrzliwych myśli dodam, że ilość alkoholu w mej krwi nie przekraczała zalecanej przez przepisy normy.

Impreza skończyła się prędko, bo ok 1:30. Wychodząc z klubu, pocieszona myślą, że wreszcie jadąc rowerem do domu dam odpocząć stopom zmęczonym tańcem, ku swemu zdziwieniu spostrzegłam, że go nie ma. Gdyby tylko roweru brakowało to raczej złorzeczyłabym producentowi mojego wcale nienajtańszego U-locka, ale brakowało również stojaków na rowery. Wszystkich stojaków na rowery. Patrzę na Mirka, on na mnie... Obudził się we mnie trzeźwy szerlokowski umysł. Gdyby to byli złodzieje to raczej miejsca po stojakach nie wyglądałyby na nienaruszone. Nie było dziur, śladów wyrywania…

Musieliśmy śmiesznie wyglądać tak rozkładając ręce z bezsilności, bo przyuważyli nas stojący nieopodal taksówkarze i podeszli. Jeden z nich zapytał, czy szukam swojego roweru. Odparłam, że i owszem. Po krótkiej rozmowie okazało się, że kilka godzin temu przyjechali panowie ze ZDIUM zrobić porządek. Porządek przed EURO, dodam. Załadowali rowery ze stojakami hurtem, jeden na drugi i odjechali. Zatroskana o los wszelkich wystających elementów mojego wozu chciałam usłyszeć sensowne wytłumaczenie tego bezsensownego postępowania. Dowiedziałam się, że stojaki ( i przyczepione do nich rowery) przeszkadzają w budowie strefy kibica... No tak, Ordnung (przynajmniej na EURO) muss sein. Jak w starym żarcie o Polsce jako demokratycznym państwie prawa. 

Po ochłonięciu  z szokujących wieści i pogodzeniu się z faktem, że z odciskami na piętach i na nogach jak z waty będę musiała iść czterdzieści minut do domu dopytywałam dalej świadków naocznych zdarzenia. No dobrze, ale gdzie mam odebrać swój rower? Czy Ci tajemniczy panowie powiedzieli cokolwiek? Dlaczego nikt nie napisał, że nie wolno w tym dniu zostawiać na takich a takich stojakach rowerów?  Jeśli ktoś myśli, że bezprawne pozbawienie mnie posiadania roweru miało uzasadnienie w przeoczeniu afiszu autorstwa ZDIUMu to się grubo myli. Kłębiły się pytania niezamierzenie retoryczne…  Taksówkarze okazali się bardzo współczujący. Ta sprawa nadaje się do sądu proszę Pani- wykrzyknął jeden. Nota bene, staliśmy właśnie przy jednym z sądów…

Chcąc nie chcąc udaliśmy się pieszo z mym towarzyszem niedoli w długą drogę do domu. Naprawdę nie wiedzieliśmy, czy śmiać się czy płakać. Z jednej strony przeklinaliśmy sprawców naszej niedoli grożąc im procesem i zastanawiając się nad właściwością sądu (tak, to się nazywa zboczenie zawodowe), z drugiej mieliśmy napady śmiechu.  Mirek miał używanie- jak Cię zapytam jakie masz plany na jutro to się zdenerwujesz? Prowokującym uśmieszkiem prawił mi uszczypliwości będąc dumnym z wyboru znaku drogowego jako miejsca parkingowego.  Oboje wiedzieliśmy, że następnego dnia czeka mnie dużo zachodu.

Po porannych telefonach do ZDIUM uznałam, że nie kocham swojego miasta. Będąc przekierowywaną od Annasza do Kajfasza dałam upust zdenerwowaniu. Padło na panią w Biurze Rzeczy Znalezionych. Nikt nic nie wiedział. Pan, który miał być w końcu tym właściwym (czwartym z kolei rozmówcą) nie podnosił słuchawki. Chociaż wiedziałam, że Rzecznik Prasowy nie jest właściwą osobą, chwyciłam za słuchawkę. Powitał mnie komunikat o tym, że rozmowa (w trosce o dobro naszych klientów blablabla…) jest nagrywana. Świetnie,  pomyślałam, będę mieć dowód w sprawie.

Finał historia miała pod moim domem, gdzie po interwencji stawili się dwaj panowie z moim rowerem na lawecie. Użalali się nieco nad swoim losem, bo wczoraj już niejedno słyszeli od oburzonych przechodniów. Licząc na zrozumienie powiedzieli- mieliśmy dwie opcje- albo zostawić pani rower bez stojaka albo go zabrać ze stojakiem. No to zabraliśmy!
O tempora,  o mores! Jak bardzo EURO2012 przyćmiło władzom miasta umysły, że nawet nie zauważyli, że zabranie cudzej rzeczy bez pozwolenia (choćby w „szczytnym” celu budowy strefy kibica) jest kradzieżą! Od tamtej pory mój cichy EUROentuzjazm trochę przygasł, a kryteria wyboru miejsca parkingowego nieco się zmieniły…


Dojazd rowerem to dla większości z nas zwykle sposób na wygodniejszą komunikację, wiadomo. Jednych cieszy przejeżdżanie wzdłuż sznura stojących w korku samochodów, innych skakanie po krawężnikach, rower daje poczucie niezależności, dbania o środowisko, oszczędności czy lansu. Ja stawiam na zmysłową przyjemność codziennej wycieczki krajoznawczej.

Z samego rana wyciągam rower z piwnicy – jak zwykle jest jeszcze troszkę chłodno, ale słońce już się rozgrzewa. Będzie całkiem nieźle prażyć w drodze powrotnej. Ale plan jest taki, że jak zdejmę sobie później rajstopy, to będę mieć dla równowagi miły powiew powietrza po nogach. Z tą myślą wyjeżdżam na tę samą trasę, co zawsze. Muszę przyznać, że jest wyjątkowo przyjemnościowo-estetyczna: alejka przy Dembowskiego, boczkiem przez Park Szczytnicki, przeskoczyć Halę Stulecia i Most Zwierzyniecki i znów ścieżka wzdłuż Wybrzeża Wyspiańskiego. Przejeżdżać tędy to sama radość – mnóstwo zieleni, ptaszki ćwierkają, droga prosta i malownicza, krew się dotlenia świeżym powietrzem i wiem, że do celu dotrę już całkiem obudzona i rześka. Jasne, że za każdym razem narzekam w tych samych miejscach – że przy Zoo dziury takie, że można sobie zęby wybić i jeszcze zastawione samochodami (pewnie, że jadę po chodniku! Przecież nie będę się wbijać na ulicę tylko po to, żeby przepisowo przejechać przez skrzyżowanie), że na Moście Zwierzynieckim wystarczyłoby białą farbą chlapnąć linię i trochę go udrożnić (lekki chaos pieszo-rowerowy, który znacznie się pogłębia w dni wolne od pracy), że przy przystani znowu góra śmieci obok kubła... Ale to detale o których zapominam, jak tylko dojadę do Mostu Grunwaldzkiego – szeroka, zielona promenada zmienia się nagle w łyse, wąskie gardło, a poziom decybeli skacze do góry o 60. Nie umiem pozbyć się wrażenia, że wyprzedzając pieszych (którzy czasem nie są w stanie usłyszeć ostrzegawczego dzwonka) zahaczę się o lusterko przejeżdżającego obok z impetem autobusu albo jakiejś ciężarówki. No i zaraz potem podziemne przejazdy pod placem antySpołecznym, gdzie wzrasta prawdopodobieństwo zderzenia z rowerowym kamikadze i które w jasne i ciepłe dni nabierają wyjątkowego uroku – po wjeździe w całkowitą ciemność oszołomienie spotęgowane jest podmuchem powietrza w nozdrza, a jak już się wzrok wyostrzy a nos znieczuli, to na poprawkę jeszcze oślepiający strzał światła przy wyjeździe i po wdrapaniu się pod górkę można zanurkować w następny tunel.

Mnie ta wcześniejsza trasa przyrodnicza tak uwrażliwia na światło, dźwięk i zapach, że się chyba  wydelikacam. No więc jak zwykle odpuszczam i przebijam się na Most Pokoju – naprawdę wolę cztery razy stać na światłach, żeby przejechać na drugą stronę ulicy (dlaczego tam zawsze jest czerwona fala?) i wytelepać się na nowej kostce pod pustą Biblioteką Uniwersytecką (no fajnie, że już można tamtędy przejechać, ale prędkość spada nagle jak po wjechaniu w piasek.. kto to projektował i gdzie jest ścieżka?!). Ale potem od wrocławskiej Starówki dzieli mnie już tylko kolejny park (bodaj Słowackiego) albo bulwar Dunikowskiego, czyli szczęśliwie wybieram przyjemność albo przyjemność. Summa summarum – 30% wrażeń i bodźców cywilizacyjnych i 70% naturalnych to chyba całkiem nieźle jak dojazd do centrum czwartego co do wielkości miasta w Polsce?

Pech chciał, że będąc w mieście skręciłam sobie śródstopie. Nic spektakularnego i na szczęście żaden wielki dramat. Tylko pedałowanie odpada, a rower zostaje na balkonie u znajomych. I przypominam sobie, jak to jest w godzinach szczytu podróżować komunikacją miejską – stojąc przez 40 minut w nagrzanej, metalowej puszce wagonu tramwajowego, gibiąc się na wszystkie strony za każdym razem, gdy motorniczy zrywa się do przejechania kolejnych 5 metrów i jak rybka łapiąc powietrze, które jest najwyraźniej anihilowane przez ciepłotę ciał współpasażerów i dopłacając do tego jeszcze równowartość pół kilograma truskawek, które chciałam kupić pod domem zaczynam całkiem poważnie martwić się, że tak będzie przez kilka następnych dni. W obie strony.

I mogłabym dać sobie radę z Mostem Grunwaldzkim, gdzie zawsze czuję się jak na krawędzi przepaści, i z placem stroboskopowo-sikowym, i telepać się na kostce brukowej i ryzykować wybicie zębów przy Zoo, gdzie namalowany na samym dole zjazdu napis „zwolnij” mimo wszystko zawsze poprawia mi humor, i nawet znów musieć irytować się na „święte krowy” na Dembowskiego, które przecież mają swoje 5 metrów szerokości chodnika, a mimo to się jakoś się nie mieszczą albo z niewiadomych powodów idą zygzakiem... byle móc tamtędy jechać rowerem!
 



ilosc komentarzy:
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ - dnia 2018 - 08 - 18
 
Anna Kloczkowska, Adrian Słoninka
Katarzyna Bartkiewicz
 
   
lista pozostałych artykułów w dziale aktualności
  1. 1 - 12 |
  2. 13 - 24 |
  3. 25 - 36 |
  4. 37 - 48 |
  5. 49 - 60 |
  6. 61 - 72 |
  7. 73 - 84 |
  8. 85 - 96 |
  9. 97 - 106 |
  1. Już jest: pas i kontrapas na Rybackiej. Rowerzyści - do piór!
  2. Wrocławska Inicjatywa Rowerowa zaprasza na wycieczkę rowerową z przewodnikiem - 24.06.2012 (niedziela)
  3. Rowerowa Szkoła – 5 ważnych powodów, dla których warto przystąpić do projektu
  4. Nowy przewodnik rowerowy po Wrocławiu i okolicach
  5. Seminarium dyskusyjne na temat Polityki Transportowej Wrocławia - 29.06.2012
  6. Wrocławska Inicjatywa Rowerowa zaprasza na wycieczkę rowerową z przewodnikiem - 17.06.2012 (niedziela)
  7. Święto Wrocławskiego Rowerzysty | Święto Cykliczne 2012 - NOITA foto session
  8. Relacja z przesłuchania oficera rowerowego i posłanki Wolak na Święcie Wrocławskiego Rowerzysty 2012
  9. Rowerem po Alzacji - wyniki konkursu - nagrodzone prace
  10. Święto Wrocławskiego Rowerzysty | Święto Cykliczne 2012 - relacja
  11. Święto Wrocławskiego Rowerzysty Zielonym Wydarzeniem
  12. Relacja z happeningu Kontrowersje na kontrapasie
 
home
o nas
działania i opinie
miasto
rekreacja
biblioteka
warto wiedzieć
aktualności
prasa