link_mdr
aktualności
2013 :
  1. 1 - 12 |
  2. 13 - 24 |
  3. 25 - 36 |
  4. 37 - 48 |
  5. 49 - 60 |
  6. 61 - 72 |
  7. 73 - 84 |
  8. 85 - 96 |
  9. 97 - 105 |
  min min min min min min min min min min min min
24 kwietnia 2013

Wiosenna zmora rowerowa we Wrocławiu - gorzka refleksja o ciemnej stronie sukcesu ruchu rowerowego w mieście

Tej wiosny, jak co roku o tej porze, pojawia się we Wrocławiu coraz więcej rowerzystów. Niestety znów okazało się, że miasto nie jest na taki „rowerowy sukces” przygotowane. Na skutek zbyt wolnego tempa realizacji wrocławskiej polityki rowerowej, wciąż brakuje odpowiedniej infrastruktury. Dziś rowerzyści zamiast być odbierani jako zbawienie dla zakorkowanego miasta, stają się powoli wrogiem publicznym numer jeden. Duża część społeczeństwa oczekuje, że policja i straż miejska się z nimi rozprawią!

Wszystkiemu winni są cykliści! – to stare hasło staje się ostatnio coraz bardziej modne. Nikt we Wrocławiu nie lubi rowerzystów. Tradycyjnie czują niechęć do nich kierowcy - bo panoszą się na „ich ulicach”. Pieszym przeszkadzają - bo czują się zastraszeni na chodnikach. Ostatnio nawet sami rowerzyści przestali lubić siebie - bo stresują siebie nawzajem, gdy niekoniecznie prawidłowo korzystają z przeznaczonej rowerom niewielkiej wspólnej przestrzeni.

Oczywiście rowerzyści nie są bez wad i warto apelować do nich o bardziej rozważne, a zwłaszcza bardziej kulturalne zachowanie, jak robi to Agata Saraczyńska w tekście z 17 kwietnia na łamach gazeta.pl. Nie powinno się jednak tego robić bez odnoszenia się do istoty problemu, a zwłaszcza powinno się unikać niepotrzebnego podgrzewania atmosfery, używając w tym kontekście retoryki wojennej. Jej słuszny skądinąd apel do rowerzystów przyczynia się bowiem do wzmacniania stereotypu, w myśl którego za niechęć do rowerzystów w największym stopniu odpowiedzialni są oni sami. Podobnie jak za większość wypadków, którym ulegają, mieli by być sami sobie winni, bo jeżdżą coraz bardziej skandalicznie. Jakkolwiek duży nie byłby poklask czytelników dla publicznego napiętnowanie cyklistów, to takie stawianie sprawy oddala wszystkich od rozwiązania problemu. Oddala - bo fałszuje istotę problemu, mieszając jego skutki z przyczynami, stawiając ofiary dyskryminacji w roli agresorów.

Pierwotnym powodem „plagi rowerowej”, która dotknęła Wrocław, jest polityka miasta! Oczywiście ta realnie prowadzona (nie ta zapisana w dokumentach) oraz długoletnie, raczej kunktatorskie podejście władz miejskich do tematu rowerowego. Polityka sprowadzała się mniej więcej do tego, że władze zawsze kreowały się jako pro-rowerowe na tle innych miast w Polsce. W praktyce jednak realizowały rowerowe postulaty dopiero pod naciskiem rowerzystów, cały czas pozostając o krok, lub dwa w tyle, względem realnych rowerowych potrzeb. Niedobory tuszowały zaś skuteczną propagandą, typu „Wrocław ma najwięcej ścieżek” i cyklicznymi obietnicami, zwykle przy okazji wyborów, których nie zamierzały później spełniać. W 2010 np. Prezydent Dutkiewicz ustami Pana Rzecznika Czumy obiecał, że pieniędzy na realizację uchwalonej tuż przed wyborami Polityki Rowerowej nie zabraknie. Zaraz po wyborach cynicznie obcięto rowerowy budżet do poziomu jednego z najniższych w Polsce (słyszałem, że to po to żeby inne miasta, które zostały w tyle mogły nas dogonić - buu-cha-cha!). Budżet wzrósł do bardziej sensownego poziomu dopiero w tym roku, ale zapowiedzi na 2014 są znów fatalne. Trudno nie zgodzić się z twierdzeniem, że ostatnio - od kiedy nastała „era oficera”, polityka rowerowa miasta i cała polityka transportowa zmieniła się wyraźnie na lepsze, tzn. zmierzamy w dobrym kierunku, ale niestety dalej w dość żółwim tempie. Fakty są takie, że infrastruktura miejska nie jest dziś i przy obecnym tempie budowy nie będzie przez kolejne 2 dekady gotowa na przyjęcie masy ponad 20 tys. rowerzystów poruszających się codziennie przez miasto. Choćby nie wiem jak cieszyło nas kolejne kilka pasów, kontrapasów i nowatorskich śluz rowerowych, to nie mają one szans rozwiązać narastającego problemu z rowerzystami. Tu trzeba wyłożyć konkretne pieniądze na inwestycje - oczywiście pieniądze wciąż nieporównywalnie mniejsze niż na inne inwestycje drogowe! Nowe, „malowane farbą” i nagłaśniane po wielokroć inwestycje poprawiają rowerowy PR miasta. Im on jest lepszy, tym większa liczba osób spróbuje przesiąść się na rower i konflikt będzie narastać.

Ten, kto raz spróbuje rowerowej wolności, ani w korki, ani do powolnej komunikacji zbiorowej już nie wróci. I tu wracamy do sedna sprawy. Rozwój ruchu rowerowego w tak nieprzyjaznej rowerzyście przestrzeni (pokaźna ilość ścieżek jest tak naprawdę zbiorem niepołączonych ze sobą odcinków ścieżek, niespełniającychzapełniający elementarnych wymogów drogi rowerowej) nie był by możliwy, gdyby jakaś siła zmusiła nagle wszystkich cyklistów do przestrzegania reguł ruchu drogowego. Przykładowo, gdyby władze znalazły skuteczny sposób na wyegzekwowanie choćby jednej zasady - zakazu jazdy po chodniku, tego samego dnia zniknęło by z miasta, lekko licząc 80 - 90 procent dotychczasowego ruchu rowerowego. Realnie sposobu na to nie ma, podobnie, jak nie znajdzie się wielu chętnych do jazdy między samochodami pędzącymi z reguły znacznie szybciej, niż dopuszczalne w mieście 50 km/h.

Strofowanie rowerzystów za nieprzepisową jazdę zakrawa na niezłą schizofrenię. Każdy wie, że prędkość zabija, a zagrożenie powodowane przez samochody jest nieporównywalnie większe niż wszystko to, co może zdziałać największy rowerowy terrorysta. To rowerzysta kreowany jest na wroga publicznego i na niego urządza się łapanki policyjne. W praktyce jednak bardziej stresuje niż krzywdzi pieszych. Wielkiej liczby ofiar rowerzystów wśród pieszych próżno szukać w statystykach wypadków. Tymczasem kierowcy - urodzeni zabójcy (ponad tona pędzącego żelastwa), są codziennie ostrzegani w gazecie, gdzie pojawią się w mieście radary! Sytuacja stoi na głowie. Paradoksalnie, samochodowy terror spotyka się za całkowitą niemal akceptacją społeczną, a stokrotnie mniej groźne łamanie zasad ruchu przez rowerzystę wzbudza głębokie oburzenie. Gdyby uznać dzisiejsze szykany policyjne wobec rowerzysty jako adekwatne do zagrożenia, to chcąc być konsekwentnym należałoby zacząć do pędzących kierowców strzelać z broni maszynowej bez ostrzeżenia!

Sposób na plagę rowerową jest prosty: zmniejszmy prędkość samochodów, jak w bardziej cywilizowanej części Europy, do prze-pi-so-wej! Tam zaś gdzie samochody powinny poruszać się szybko wybudujmy jak najszybciej, w wciągu kilku, a nie kilkunastu lat, ścieżki i pasy. Ręczę, że rowerzyście sami zrezygnują z chodników, bo jazda po nich nie jest dla nich ani komfortowa, ani przyjemna. Za zachowaniami rowerzystów, wbrew temu, co by się wydawać mogło, stoją zazwyczaj całkiem racjonalne przesłanki. Żeby rozwiązać problem trzeba je tylko zrozumieć.

Nie rozumieli ich zupełnie budowniczy wrocławskich ścieżek rowerowych przed „erą oficera”, skutkiem czego prawidłowe korzystanie z wrocławskiej infrastruktury jest najzwyczajniej niewykonalne. Oczywiście można sobie wyobrazić czysto hipotetyczną sytuację całkowitego poszanowania przez rowerzystów zasad ruchu, co było by wielkim ewenementem w naszym społeczeństwie, ale wtedy rowerzyści bardzo szybko musieli by zrezygnować z jazdy rowerem. Przypomnę, że zbadanie wrocławskiego systemu ścieżek rowerowy w 2010 według sprawdzonej metodyki holenderskiej, pokazało, że blisko 90 % tras nie spełnia nawet minimalnych wymogów, koniecznych do nazwania ich drogami rowerowymi. Innymi słowy - holenderski wykrywacz ścieżek we Wrocławiu, poza kilkoma krótkimi odcinakami pokaże wymowne zero, zamiast 180 km, czym chwali się Urząd Miasta.

Nawet gdyby spojrzeć na ruch rowerowy jak na rewolucję, która sprzyja zachowaniom skrajnym zachowaniom (rowerzyści walczą o odzyskanie należnej im przestrzeni), a na rowerzystów jako upojonych wolnością, skrajnych anarchistów o skłonnościach samobójczych, to i tak warto jest zamienić dotychczasowy terror samochodowy na terror rowerowy. Przemawiają za tym, proste fakty. Wystarczy porównać Wrocław i Amsterdam z perspektyw polskiego kierowcy. Ten drugi z uwagi na wszechobecny intensywny ruch rowerowy wyda się nam istnym piekłem. Rowerzyści „atakują tam człowieka” z każdej możliwej strony. Jednak, gdy porównamy polskie miasta z holenderskimi pod kątem ilości niebezpiecznych wypadków, to okaże się coś wręcz odwrotnego. To Holandia jest najbezpieczniejszym krajem dla niechronionych uczestników ruchu, a Polska znajduje się dokładnie na przeciwnym biegunie skali. Prawda jest czasem trudna do przełknięcia: im mniej bezpiecznie czują się kierowcy (np. „terroryzowani” przez wszędobylskich rowerzystów), tym bardziej uważają i realne bezpieczeństwo się zwiększa. Mimo tego, że mało kto w naszym kraju jest dziś mentalnie gotowy na przyjęcie tej prawdy, okazuje się, że w rowerowym szaleństwie jest metoda. Paradoksalnie może się okazać, że rowerowy chaos poprawia ogólne bezpieczeństwo na drogach. To, że w krajach zachodnich rowerzystę traktuje się jak świętą krowę, ma całkiem racjonalne podłoże. Bilans korzyści i strat z rosnącej liczby rowerzystów, może wyjść tylko na plus.

Rowery na ulicach to bardzo wymierne korzyści: lepsza mobilność dla wszystkich (mniejsze korki), mniejszy hałas i mniejsze zanieczyszczenie powietrza. Tymczasem zamiast korzystania z tego potencjału, nad rozwojem ruchu rowerowego wsi krucjata policji i straży miejskiej. Zamiast pieniędzy na drogi - mandaty i szykany. Zamiast zorganizowania powszechnej praktycznej edukacji początkujących cyklistów - powszechna stygmatyzacja, jako tych szczególnie niebezpiecznych (wbrew faktom ze statystyk!). Wszystko wskazuje na to, że ani władze, ani znaczna część wrocławskiego społeczeństwa, która popiera nagonki na rowerzystę, nie dorosła mentalnie do rosnącego ruchu rowerowego, będącego w najnowocześniejszych miastach Europy i świata normą. Szkoda, bo rewolucję rowerową i tak wywoła ostatecznie rosnąca cena paliwa. Marsz pod prąd trendów, które są nieuniknione jest pozbawiony sensu.


Cezary Grochowski
Wrocławska Inicjatywa Rowerowa
 

spacer
a co z tego ktoś zrozumiał?
Świetny tekst, tylko długi i chyba niewiele osób doczyta go do końca, a na tytule kończąc można go opacznie zrozumieć. Na pewno artykułu nie przeczytali (lub nie zrozumieli) w radiu RAM - w porannym przeglądzie prasy usłyszałem w streszczeniu, że rowerzyści są źli, powinny zostać wprowadzone obowiązkowe karty rowerowe oraz kaski!

pppppp

Krytykantów było wielu....
Długi jest, bo tezy które są tam stawiane wymagają argumentacji. Zachęcam do napisania krótszego. Dotychczasowi eksperci od bezpieczeństwa po polsku są w natarciu i dalej będzie trzeba reagować. Walka nie będzie łatwo, bo rowerzyści nie są zbyt lubiani, a konflikt, o którym piszę będzie narastał.

Cezary Grochowski

Oczywiście dzięki za uznanie na poczatku tekstu!
:) Tekst na portal branżowy. Zakładałem więc odbiorców bardziej zainteresowanych realnie tematem. Poza tym, jeżeli ktoś nawet nie doczyta do końca, to najważniejszego się dowie.

Cezary Grochowski

niewiarygodne !?!
Stosunkowo mało jeździłem rowerem, ale tej wiosny chciałem być bardziej pro-zdrowotny i trochę ruszyć zad dla - zdrowia, oszczędności i środowiska. Ruszyłem rowerem w miasto Miałem kilka spraw do załatwienia w centrum. Podczas poruszania się po chodniku (tu czuję się bezpieczniej, a i prędkości rozwijam niewielkie - 5/8 h/km) w okolicy arkad, koło instalacji pomników wchodzący/schodzący, upamiętniającego walkę z ustrojem totalitarnym, natknąłem się na funkcjonariuszy policji. Miałem sporo szczęścia, policjanci byli zajęci spisywaniem dwóch cyklistów. Zeszło na ustnym upomnieniu. Chodnik to nie ścieżka rowerowa, jak chcę jechać to na ulicę - tak w skrócie pouczyła mnie ładna Pani policjantka. Okey pierwszy raz jestem na rowerze mój błąd zsiadłem z 'bajka' i podreptałem się ze winkiel. Przy okazji poinformowałem solidarnie kilku cyklistów o "łapance" za rogiem, po czym udałem się tocząc rower pod dawny pedet. Tam jest wydzielony fragment jezdni dla rowerów. Pomyślałem pojadę nim do rynku nie łamiąc przepisów. Przez jakieś 10 minut stałem jeszcze i obserwowałem ruch. trochę cyklistów prowadziło swoje rowery - pewnie policja ich uświadomiła. Kiedy ruszyłem w stronę rynku ulicą z wytyczonymi ścieżkami zdarzyło się coś co mnie bardzo zaskoczyło i dało dużo do myślenia. Jeden z samochodów - służbowy Combo pogotowia energetycznego - stukną mnie lusterkiem w rękę, dobrze że się nie wywróciłem. Historia banalna i pewnie często się powtarza w mieście. Tyle że jest dokładnie tym co opisuje ww text, i podkreśla absurdy naszej rzeczywistości. Jeśli nic z tym nie zrobimy to grozi nam śmierć pod kołami albo egzekucja komornicza za mandaty.

igor18m11



ilosc komentarzy: 4
DODAJ SWÓJ KOMENTARZ - dnia 2018 - 09 - 20
     
   
lista pozostałych artykułów w dziale aktualności
  1. 1 - 12 |
  2. 13 - 24 |
  3. 25 - 36 |
  4. 37 - 48 |
  5. 49 - 60 |
  6. 61 - 72 |
  7. 73 - 84 |
  8. 85 - 96 |
  9. 97 - 105 |
  1. Wiosenna zmora rowerowa we Wrocławiu - gorzka refleksja o ciemnej stronie sukcesu ruchu rowerowego w mieście
  2. Rowerowa sobota we Wrocławiu
  3. Konkurs na zaprojektowanie reklamy kampanii społecznej pn. Kierowco podziel się drogą
  4. Żądło Szerszenia, czyli rowerem po Kocich Górach i Dolinie Baryczy - 27.04.2013
  5. Ogólnopolski Konwój Rowerowy „Wstań i Jedź” 8.06 – 21.07. 2013r.
  6. Wrocławskie Święto Rowerzysty 2013 – poszukiwani wolontariusze i wsparcie wszelakie
  7. Nasze propozycje na współpracę z policją w temacie bezpieczeństwa rowerzystów
  8. Zdarzenia drogowe z udziałem rowerzystów w 2012 roku
  9. „Rowerem do biblioteki” 2-6 kwietnia!
  10. Już za miesiąc pierwszy Bike Maraton
  11. Pimp your bike w Maciejówce - 21.03.2013
  12. Rowerowo na Ekojarmarku
 
home
o nas
działania i opinie
miasto
rekreacja
biblioteka
warto wiedzieć
aktualności
prasa